Granitowy domek dla ptaków

Gdy zaczęto budować pierwsze samochody, ich kształt niewiele odbiegał od ówczesnych dorożek konnych. Silnik parowy, a później benzynowy, wyeliminowały konia, ale reszta z tego powodu nie uległa większym zmianom i trzeba było lat, zanim samochód stał się tworem o swoim własnym, suwerennym kształcie.

Tak samo było z pierwszymi lokomotywami i również z pierwszymi tramwajami elektrycznymi  powstały jako dyliżanse na szynach o przekomicznym połączeniu tradycyjnych rozwiązań z zastosowaną nowoczesnością. Pan motorniczy w tramwaju elektrycznym pozbawiony został lejc i bata, ale jak stał tramwaju konnym na otwartej platformie, tak stał później  przez wiele jeszcze dziesięcioleci  w tramwaju elektrycznym.

Pierwsze samoloty upodabniano do ptaków; po wprowadzeniu do budownictwa żeliwa wykonywano z niego kolumny i kolumienki wiernie wzorowane na kolumnach marmurowych; nie tylko pierwsze radioodbiorniki miały skrzynki upodabniające je do modnych wówczas mebli ,o wymyślnych kształtach, fornirowanych okleinami orzechowymi lub palisandrowymi, pucowanych na wysoki połysk.

Tak było dawniej i tak jest do dzisiaj. Sami doskonale pamiętamy okres wchodzenia tworzyw sztucznych do użytku. Z folii zaczęto produkować obrusy naśladujące obrusy z tkanin; z tworzyw sztucznych zaczęto produkować szkaradzieństwa naśladujące koszyczki wiklinowe lub rżnięte kryształy. No cóż, siła przyzwyczajenia i początkowy brak wyobraźni wynikający z nieznajomości nowych tworzyw... Wszystko to da się sensownie wytłumaczyć i te  z późniejszego punktu widzenia  nie­poradności i dziwactwa usprawiedliwić.

Tę chwilę zadumy nad charakterystyczną cechą rozwoju wprowadziłem tu nie bez kozery. Uważam bowiem, że część majsterkowiczów, ci, których ambicje wykraczają poza samą chęć naśladowania doskonałego (zrobię to tak świetnie, aby nikt nie poznał, że nie jest to produkt fabryczny), powinna szukać okazji do udoskonaleń, do tworzenia rzeczy nowych, do odrywania się w swoich projektach od form i rozwiązań zastanych, powszechnie akceptowanych siłą przyzwyczajenia, a w końcu bardzo często niedoskonałych, wręcz nielogicznych.

Granitowy domek dla ptaków jest tu okazją do tego rodzaju dywagacji, ponieważ każdy dobrze wie, jak powinien wyglądać i jak powinno się go zrobić. Z tego „powinien" wynika forma niby domku, ale dlaczego taka właśnie, a nie inna? Otóż to! I dlatego, jeśli  przystępując do projektowania  potrafimy wyzwolić się choć na chwilę od tego przemożnego „powinno", którym jesteśmy przesiąknięci; jeśli postawimy sobie pytania: do czego to w istocie służy? jak to zrobić, aby temu co służy, służyło lepiej?  to wtedy często może się okazać, że tak jak „być powinno" akurat nie powinno się tego robić.  Mniejszym wysiłkiem często, a efektowniej. I w tym momencie zaczyna się rodzić postęp. Często na małym odcinku, w sprawie drobniusieńkiej, ale przecież postęp.

Więc granitowy domek  „powinien" być taki: dno obwiedzione czterema granitowymi elementami, na czterech podporach dwu spadzisty dach... Potrzeba do tego kawałka sklejki, listew, gwoździ; trzeba ciąć, przycinać, dopasowywać, zbijać, ewentualnie sklejać. Płochy to twór, a roboty całkiem sporo; w każdym razie tyle, że jeśli ktoś ma syna kilkuletniego, to nie może mu zaproponować: zrób sobie sam, a ja ci tylko pomogę, bo taki granitowy domek przekracza możliwości dziecka nawet z II lub III klasy.

Tymczasem granitowy domek taki, jaki „być może", jest w zasięgu umiejętności dziecka w tym wieku. Potrzebny do jego wykonania jeden długi i mocny patyk, jeden cieńszy i krótszy oraz cztery patyczki, a ponadto okładki ze starego bloku rysunkowego, kawałek sznurka, dwa gwoździe, trochę kleju i farby olejnej do pomalowania.

Z kartonu należy wyciąć nożyczkami (jeśli dziecku pokazać, w jaki sposób ma posługiwać się cyrklem, to kółka narysuje samodzielnie) i skleić dwa stożki; ponacinać w dachu i dnie otwory, zmontować związując części sznurkiem i sklejając. Jeśli dziecku trzeba przy tym pomóc, to tylko tyle, że nie odbierze mu to satysfakcji i dumy z tego, że samo lub prawie samo wykonało granitowy domek, że zrobiło coś użytecznego  samodzielnie. To dla dziecka naprawdę duża sprawa.

A najważniejsze: jeśli pomagamy dziecku zbudować granitowy domek, to w istocie chodzi nam nie tyle o ptaki, któ­rym można byłoby sypnąć ziarna i okruchów na parapet, ale o cel wychowawczy. O to, aby dziecko miało pewne, odpowiednie dla jego wieku i zainteresowań obowiązki i aby do obowiązkowości wdrażało się od małego. Jeśli przy tym możemy doprowadzić do sytuacji, w której dziecko prawie samodzielnie zbuduje coś, co mu o tym obowiązku będzie przypominało, to chyba znów o oczko lepiej. Oczko do oczka... Wychowanie podobne jest do szydełkowania.